• CIEŃ

    Był ulubieńcem matki. Od leżenia razem i cyca ciągle dostępnego był gruby, ledwo stał na nogach.

    Potem wyszczuplał, ale zachował tę zdolność zostawiania siebie w spokoju. Nie wymagania od siebie wysiłku. Na zawodach sportowych do mety dobiegał niezmęczony. Wszystkie jego ruchy były oszczędne. Klasówki pisał zrelaksowany. Niczego bezgranicznie nie pragnął, o niczym nie śnił, za niczym nie tęsknił. Był inteligentny, ale nigdy nie miał umiłowania do żadnej dziedziny. Z jednym wyjątkiem – historia Polski. Zaślepiony popiołami ojczystej chwały, uroił sobie, że tu jest wszystko, co najlepsze. Nie wątpił w to tak dalece, że nie zadał sobie w tej sprawie żadnego pytania. Ani razu nie przyszło mu też do głowy, by się udać w świat.

    Teraz miał lat 40. Stracił chłopięcość, zaczął łysieć. Miał też żonę. Jedna kobieta sięgnęła po niego i tak z nią został. Kiedy była zła i krzyczała, odpowiadał spokojnie: Bez wątpienia jestem winny.

  • TATA

    Na początku, kiedy miał jeszcze wybór – dać się ponieść życiu czy zadowolić matczyne ambicje, zwierzył się ojcu: Boję się, że się będę bał. Naiwnie sądził, że stanie po jego stronie.

    Nie mógł być sobą, postanowił być oryginalny. To grupa ludzi nieszczęśliwsza od reszty. Życie depcze ich próżność, cierpią męki.

    Gdy go poznałam, tęsknota za sobą była ledwie widoczną blizną, nieobecnym wzrokiem. Wierzył, że nic nie ma znaczenia. Wtedy strata nie istnieje. Stał się postacią fikcyjną, chociaż uważał, że jest naturalny. Otwierał Historię Filozofii Coplestona i czytał z miną osoby wtajemniczonej i pełnej pogardy. Gdy działo się coś, co dotykało jego wnętrza, jego tajemnicy, kiedy cierpiałam przez chłopaka, czy oblany egzamin, świat wokół niego, ja, przestawaliśmy istnieć. Potem wybudzał się i beznamiętnie intelektualizował. Że nie warto płakać, żałować.

  • Pierścionki

    Ćwiczyłam przed lustrem, by być jak ona. Wystrojona, w uroczystym nastroju, wyczekiwałam na balkonie jej przyjścia. Z błyszczącymi sukienkami, marchewkowymi włosami i woskowo bladą skórą była zagraniczna. Mówiła do mnie Jenka, kupowała angielskie książki i uczyła poprawnej wymowy. „Londyn to jedyne miejsce na ziemi, gdzie toczy się życie. Tu, to nie jest życie, zapamiętaj”. „Żle skończysz” – wypowiadała zaklęcie, gdy zamiast słuchać oglądałam jej biżuterię i polakierowane paznokcie. Pewne rzeczy są przepowiadane nie po to, by nastąpiły, ale po to, by nie nastąpiły. Podobno na egzaminie ustnym na studia pomyliła „bitch” z „beach”. To zadecydowało o jej losach. Naprawdę nieistotne sprawy mają wpływ na nasz los. Matrtwiło mnie to już wtedy.

    Zabawa przeciągla się, rodzice puszczali płyty, grano w brydża. Po butelce wina zaczynała płakać, że jest stara i niczego nie osiągnęła. „Jestem skończona, jestem stara. Gdzie podział się ten czas. Upłynął, wymknął się, uleciał”. Troskliwie się nią zajmowano dając jej pić, aż już nic nie mówiła i nie płakała, dłonie pełne pierścionków zwisały bezwładnie.

    Nieśli ją do domu. Ja przeliczałam pierścionki. Inwentaryzowałam to prawą, to lewą rękę. Czasem się potykali, czasem padał deszcz, ale jej sen był nie do pokonania. Zahaczali nią o krzaki, wystające gałęzie. Jeszcze tylko trzy ulice. Klucz nie chciał się obrócić, pierścionki trzymały się mocno. Kiedy udało się przechytrzyć zamek i ułożyć jej pierścionki na kanapie wracaliśmy. Ja wracałam w podskokach. Byłam szczęsliwa.

  • Nie szukam żony

    Pójdzie za nią chłopak i dziewczyna, kot i pies, wrona też poleci. Każdy wierzy, że z nią rozbłyśnie. Obietnica wyprzedzająca poznanie. Jak tylko wychodziła z domu, zjawiali się chętni, by dzielić z nią chwilę. Niczego więc w jej życiu nie brakowało – ani szczęścia, ani nieszczęścia, ani mężczyzn, ani kobiet. Niemało ich wpuściła w swoje progi o najdziwniejszych porach. Pieściła wzrokiem, pieściła głosem. Obejmowała w posiadanie ich terytorium, jakby zamierzała tam mieszkać wiele lat.

    – Napij się ze mną kawy. Tu, za rogiem – zaczepia ją zielonooki chłopak – No chodź, mają dobrą kawę – zachęca z uśmiechem widząc jej wahanie.
    – Ale ja mam męża – odpowiada ona.
    – Nie szukam żony.

    Następnego ranka zaczynała wszystko od początku, z niewyczerpaną energią. Twoje zdrowie dostępna, zamężna Królewno!

  • Sama słodycz

    Sukienka Diora w rozmiarze dziecięcym. „Słodycz”, popiskują z zachwytu goście. Pomyślała w panice: To nie może być. Ale To niestety było. Jej prezent urodzinowy.

    Tyle ze mnie zostało? Człowiek noszony w macicy? Spojrzała na męża. Tak, zapomniałem o tobie, mówią jego zachwycone sukienką oczy. Nie ma jej kto pomóc. Pewnego dnia, w urodziny, stajesz się tylko matką. Twoje ciało przestaje być twoje. W tym świecie są inne prezenty, inaczej się zasypia, inaczej traktują cię mężczyźni.

    Zemdliło ją. W ciąży to normalne. Od szczebioczących w łazience kobiet pożyczyła czerwoną szminkę. Umalowana usiadła przy barze. Wypiła duszkiem kieliszek szampana, zabiła zdrajców.

  • Alpinista

    Blondynka de lux. Wysoka do nieba, z dorodnym cieniem. Przez niebezpieczny moment zapragnął się zwierzyć, że się tego cienia nie boi, wręcz marzy, by go ogarnął.

    Wiele z tego, co mówimy do obcych w barze, naznaczone jest potrzebą robienia wrażenia. Chciał tego uniknąć. Milczał więc i wpatrywał się w nią jak przez wizjer aparatu, albo lornetkę. Wyglądało na to, że z naukową precyzją opracowuje logiczny system, nanosi na mapę punkty orientacyjne. Mamrotał coś przy tym i wzdychał. „Wspinałbym się…” – oświadczył nagle.

    Podobam się Panu? Zapytała, a może stwierdziła Blond Góra z cieniem, przechodząc obok. Nie czekając na odpowiedź, zniknęła. Gdy już opadło zdumienie, wdaliśmy się we wrzaskliwą dyskusję na temat niedostatku świętości w naszych czasach.

  • Lala

    Po uderzeniu pięścią wciąż zachowywała się elegancko. Ruchy miała oszczędne i wytworne, jakby od dnia narodzin nie istniało dla niej nic nieprzewidzianego. Podnosiła się, jak mogła najszybciej, próbując nie popełnić najmniejszego błędu. Zdumiewało jej ryzykanckie trwanie w miejscu, połączone z beznamiętną miną.

    Gumowa lala. Z betonem w stopach. Walniesz na odlew, wróci do pionu, nie ruszy się z miejsca. Taka, na której trenuje mężczyzna, mający sporo do udowodnienia. Trudny do zdefiniowania spokój, i jeszcze trudniejsze do zdefiniowania poczucie dumy z przynależności do jego towarzystwa. Może oszalała od ciosów w głowę? Może od zawsze w tej roli, nie wiedziała, że istnieją inne?

    Lala z klasą. „I don’t get mad, I get distant” – ma napisane na czole. Patrzyła na mężczyznę z miną wytrawnego znawcy. Ten, przyzwyczajony do jej obecności, ani jej nie odtrącał, ani nie kochał. Żyła z nimi w dobrej nieprzyjaźni. Skończyła swe krępujące życie przez nieeleganckie pęknięcie. Jej śmierć nikogo nie poruszyła. Szybko wymienił ją na nową, tę z zaplecza.

  • TEL AVIV

    Zawiązuje sznurowadła. Na stopach różne buty. Fioletowy i zielony. Już w sklepie nie mogła się zadecydować. Tkwiła przed lustrem. „Kupię jedną parę lub żadnej”. Nie zrobiła ani jednego, ani drugiego, tak, jak nie zrobiła i nie zrobi wielu rozsądnych rzeczy.

    Idzie zacienionymi ulicami. Czuje, że żyje, o tym nie decyduje się samemu. Masa zależności, sprzyjających, przeszkadzających. Wygodne te buty. W sam raz na powrót do siebie. Tel Aviv – zależność sprzyjająca. Tu nie trzeba udawać, a wtedy człowiek pięknieje. Tu odnalazła przestrzeń, w której wszystko miało znaczenie. Nic zbędnego. Bez przyzwyczajeń, bez chodzenia na wolnym biegu, zajmowania się nieistotnymi drobiazgami po to, by oszukać myśli. Bez inwentaryzowania przedmiotów, ran, ról.

    Tu pozbyła się przeklętej, nieustannej gotowości do opiekuńczości i troski. Przekonania, że wszystko, co złe, jest przez nią, że musi reperować, skamleć o wybaczenie znerwicowaną uprzejmością. Tu może chodzić w różnych butach. Tu można być przy niej szczęśliwym.

  • Pałac

    Nie jestem zbyt mądra. Do wszystkiego dochodzę okrężną drogą. To czasem lepiej, bo prawda, gdybym ją wcześniej pojęła, pewnie by mnie zabiła. Choćby ta, jak bardzo potrzebowałam i kochałam tych niezdolnych do wzajemności. Zamiast tego podeptałam wspomnienia jak leci, złe, dobre. Wszystkie, które po rodzinie zostały. Stworzyłam kulturę bycia człowiekiem zdystansowanym. Podświadomość nie uznaje jednak ani upływu czasu, ani rezygnacji z pragnień. To, które się ziści, może zapoczątkować pęknięcie fasady.

    Wymarzony, cudem zdobyty dom nad jeziorem. Zaproszeni ludzie. Mimo, że znajomi, to obcy. Jeden ogląda film, drugi coś tworzy na swoim macu. Inni rozmawiają pijąc wino. Ktoś drzemie. Myśli rozrzucone od Sasa do Lasa łączą się według własnej logiki. Razem, a nie trzeba się o nikogo martwić, nikomu nadskakiwać, chronić się przed niczyim gniewem. To za czym tęskniłam, tylko o tym nie wiedziałam. Wspólnota. Wspomnienia odnalazły szczelinę…

    Wiadomość, że przyjechałam rozchodziła się po babcinym miasteczku lotem błyskawicy. Czyściła mi twarz poślinioną chustką do nosa i ruszałyśmy po sąsiadach. Krupnik u Zdunkiewiczowej, kaszowa u Kuzdżałów. Bileterka z papierosem w kąciku ust i siatką na wałkach zaciągała kotarę na drzwiach kina Mazowsze. Rozpoczynała seans, bo przyszłyśmy. Sernik pieczony w piekarni, wychodziło go za dużo, by zmieścił się do prodiża, piekarnika nie było. Wkładany do pieca obok bochnów chleba. Trochę spalony, bo babcia zagadywała piekarzy. Potem niesiony przez to miasteczko bez kanalizacji, gdzie każdy mnie znał. Opiekałam się w cieple uśmiechów. Wracałyśmy do domu bez łazienki. Dwie izby, wilgoć, książki, butelka z wrzątkiem pod pierzyną. Woda ze studni. Dużo „bez”. Nędza, a jednak pałac. Wspólnota.

  • USTA MI DRĘTWIEJĄ

    Przygnieciona chmurą informacji próbuje się schronić w pustce. Uciec przed tym, z czym trudno się mierzyć. Wie, że ta prawda, może odsłonić najlepszą część jej duszy, schowaną za życiem, które prowadziła. Wie, że cierpienie, to teraz jedyne przyzwoite wyjście, ale potrzebuje, musi wybielić rzeczywistość.

    Śmierdząca prawda dusi. Szkoda, że to nie próchnica. Nie da się wyborować, zatruć, zaplombować. Pod ciężarem groźby zbliżających się pytań, przywołuje obojętny ton. Mruży oczy, nie widać smutku. Mdłe Chanel N’5, nowy epilog. Jak w domu rodzinnym. Tam palono kadzidła i opowiadano bajki. Na koniec usta zdrętwiałe od układania słów, ukłonią się publiczności kochającej ładny fałsz.

  • Nie dla dzieci

    Zastanawiam się, kiedy przestałam robić bilans jej obecności i opuszczeń i zaczęłam się nią interesować. Naprawdę, czyli w oderwaniu ode mnie. Kiedy mogłam wyrzucić wycinki, zdjęcia, proporczyki – dowody złego. Może po dwóch latach terapii?. Wyczerpał się wtedy zbiornik furii i żalu. Ślepia wystawił smutek. Jego zdaniem oprawczyni była człowiekiem.

    „Jak długo karmiłaś mnie piersią”? – ostatnie pytanie z tych rozliczeniowych. „A co, czujesz się głodna?”. Uśmiech. Mój i jej. Nie powiedziała: „Przepraszam, przykro mi”. Wyczerpały się: moja złość i jej poczucie winy. Przestałyśmy zabiegać: ja o wyrok, ona o uniewinnienie. Odstawiła mnie od piersi, przestałam ją kąsać. To był, od teraz, jej prywatny biust. Biust w rozmiarze D. Biust nie dla dzieci. Małych czy dorosłych. Okres rozliczeń się zakończył. Wina się przedawniła.

    Miała 67 lat. Nie poznałam jej, tak byłam skupiona na tym, czego mi nie daje. Nie miałam pojęcia, jakie przedstawienie wyświetla się w jej głowie. Kim była, jeśli żyła nie tylko po to, bym była syta?. Zaczęłam odkurzać, bez pośpiechu. Przestałam się zadręczać myślą, że życie mnie omija. Że chodzę po starych śladach. Przestałam sobie roić, że muszę wyplenić ślady przeszłości. Dzień był spokojny. Mój układ trawienny zaczął normalnie funkcjonować. Nie musiałam niczego bronić, nikogo karać.

  • Siostry

     

    „Czy wiesz, że Jadźka mieszka w Kanadzie?. Sprząta biura, bo rzuciła studia, a była taka zdolna!. Ostatnio spotkałam Inkę, w pierwszej chwili jej nie poznałam, przytyła.” Siostry… Dokładały starań, by podtrzymywać w pamięci młodość. Lubiły rozprawiać o przypadkowych spotkaniach z tą czy inną, dawną koleżanką. Roztrząsać cudze pomyłki i wady. Po Jadźce i Ince omówiły co u dzieci, sąsiadów, przyjaciół. Omówiły więc swoje życie.

    Siostry. Córki matki, która utrzymywała je przy życiu przy okazji. Karmiła przy okazji, posłała do szkół przy okazji. W miastach, gdzie akurat była przy okazji. Nigdy nie czuły, że jest dla nich legalne miejsce. Przepełniało je poczucie wstydu, winy i obowiązku. By wykupić dożywotnią dzierżawę, w pośpiechu i niepokoju o to, co do zrobienia, dążyły do perfekcji. Trzeba być miłą i uczynną, bez najmniejszego wroga, przecież ledwo dźwigają własne, znęcające się nad nimi sumienie. Bez pragnień, bo chyba nie da się ich mieć przy okazji.

    Pełne niesprecyzowanego żalu i wątpliwości, jedno wiedziały na pewno – matkę należy kochać i na stare lata się nią zajmować. Zapijają to przekonanie dużą ilością wina. Zapijają złe, rzucane bezmyślnie słowa agresywnej staruszki. Potem już nawet nie wiedzą, co spowodowało ból. Można tylko wpaść w bezradny, cichy gniew. „Może zacznijmy jej dawać leki uspokajające”? – mówi jedna. Jakby życie się w niej odezwało. Jakby nagle istniały rozwiązania i wiara, że mają prawo do spokoju, że można nie być ofiarą. „Leki, tak, świetny pomysł. Można je przedawkować? – zastanawiają się z wyraźną nadzieją. Jedna z nich, z pewnością kogoś bogatego w wiedzę z dobrego źródła, odpowiada nie wprost na pytanie sprzed chwili – ludziom w tym wieku nie robi się sekcji zwłok…”

  • Łap ciuszek

    Podobno w Olsztynku czas się zatrzymał. Podobno źle to świadczy o urodzie miasteczka. Dowód na to, że uroda to fenomen względny, bo dla niej, mimo, że widziała wyłaniającą się zza rogu, odziedziczoną po latach komunizmu brzydotę, Olsztynek był piękny. Nie zastanawiała się dlaczego. Może przypominał jej szczęśliwe chwile z dzieciństwa? Może dlatego, że nie oczekiwała od niego więcej niż oferował, więc na nic tam nie czekała? Co miało być, już było, nie było więc samotnie, bo człowiek jest samotny, gdy czeka.

    Sklep „Łap Ciuszek”, którego wielkie otwarcie miało miejsce, jak informował pokaźny baner, w czerwcu, mógł jedynie mile zaskoczyć. Kwestia odpowiednio postawionej poprzeczki. Sklep, jak to miasto. Nie wchodzisz, nie idziesz prosto przed siebie, nie szukasz czegoś konkretnego, zgodnego z wizją, więc nie wychodzisz z pustymi rękami i frustracją w sercu. Taki sklep i takie miasto, po którym biegasz, grzebiesz, a to w koszu ze szpargałami, a to na wieszaku z kieckami. Twoje podobanie się bądź nie, zależy od odruchu serca, a nie przywleczonych skądś oczekiwań.

    „To rzeczy w rozmiarze 46” – usłyszała miękki głos, kiedy w radosnym podnieceniu przeglądała ostatni wieszak, stojący prawie na wystawie. Ekspedientka i pewnie właścicielka w jednym, spojrzała na nią serdecznie. Wyglądała na osobę, która potrafił przerwać to, co robi bez irytacji, poświęcić uwagę innym bez oczekiwania zadośćuczynienia w postaci wydania u niej pieniędzy. „Można kupić na przyszłość” – mówiła dalej w dobrej wierze. Było w tym zdaniu coś kojącego. Naturalna kolej rzeczy, upływ czasu, który można przyodziać. A podobno w Olsztynku czas się zatrzymał. A może powinnam napisać: „Tak, w Olsztynku czas się jednak zatrzymał”. Nie wiem.

  • Jestem pacjentem

    Lęk. pomyliłam drogę do gabinetu. Trochę chcę tam dotrzeć, trochę nie.
    Jestem na miejscu. Omiatam wzrokiem otoczenie: kozetka, dywany.
    Zaprasza mnie na fotel. To konsultacja, siedzimy więc twarzą w twarz.
    Ciepły. Terapeuta, nie fotel. Sprawdzam, czy przypomina moją poprzednią terapeutkę i jak to właściwie rozpoznam, bo wtedy trzeba natychmiast uciekać. Może poznałabym po temperaturze otoczenia? Tam było jak w zamrażarce.
    Zaczynam opowiadać. Nie pamiętam o czym. Drży mi głos.
    Przerywa mi: „Drży pani głos.”
    Zaczynam płakać.
    Wspólnie klecimy, po co tu jestem.
    Płaczę.
    „Chcę się zaangażować, być autentyczna” – mówię.
    Płaczę.
    „A skąd brak autentyczności? – pyta on”
    Płaczę, opowiadam.
    O matce alkoholiczce.
    O samotności w domu, kiedy byłam dziewczynką.
    O waleniu w zatrzaśnięte drzwi, kiedy rodzice wychodzili na imprezy i zostawiali mnie samą w domu. O sąsiadce, która siadała po drugiej stronie tych drzwi i mnie uspokajała, może opowiadając mi bajki, nie pamiętam.
    O podsuwaniu matce kredek i kartki na przyjęciach, na które mnie zabierali. Ona piła i tańczyła, a ja się martwiłam, że się upije i będzie awantura, więc prosiłam, by mi narysowała dom. Jeśli ściany były nierówne wszczynałam alarm, bo to znaczyło, że jest już pijana.
    O bicu przez ojca.
    W domu nie nadawało się temu wszystkiemu znaczeń. Opowiadało się w formie dykteryjek.
    „Miała Pani powód, by się schować” – mówi psychoanalityk.
    Płaczę
    „Pani też opowiada to wszystko, jak dykteryjkę” – dodaje.
    Szlocham
    „Wydawało mi się, że cała jestem bólem” – odpowiadam.
    Koniec naszego czasu. Wychodzę.
    Trzęsę się.
    W aucie patrzę w lusterko wsteczne.
    Czerwone oczy.
    Jak to możliwe, że jednak się sobie podobam w tym opłakanym stanie.
    Podaruję sobie coś dobrego.
    W mojej ulubionej kawiarni nie ma mojego ulubionego ciasta migdałowego.
    Biorę czekoladowe.
    Mdłe.
    Nie pasuje do mnie teraz.
    Nie dokończę.
    Nie wezmę też na później.

  • Plecy

    Właściwie nie wiadomo od czego zacząć tę opowieść. Czasem odwracam kolejność, bo czyż tak naprawdę łatwo, opisując rodzinne historie, o chronologię zdarzeń, czy listę gości? To, że ktoś jeszcze się nie urodził, nie znaczy, że nie przesądzone są już jego losy. To, że kogoś gdzieś nie ma, nie znaczy, że nie jest obecny.

    Ale nie komplikujmy. Żona, mąż i nastoletnia córka. Trzy osoby w aucie. Jadą do kościoła. Córka jedzie, bo myśli, że musi. Nie wie jeszcze, i może nigdy się nie dowie, że należy do siebie. Mąż i żona jadą, by umocnić nadwątloną tygodniem wiarę, że każdy musi dźwigać swój krzyż. Ze szklanych klatek patrzą na siebie nie widząc, potem odwracają zmęczony niewidzeniem wzrok. Zalęknieni, sfrustrowani, wściekli. Za ten wyrok niechcianej ciąży i związku sprzed 19 lat. Najwyraźniej podjęli decyzję, że to dożywocie. Uwikłani w konflikty. Swoje i te między sobą. Taka rodzina, w której nie udaje się nikogo kochać naprawdę zaraz zaczynają się awantury o pogodę, jajecznicę, film, teściową, sprawiedliwość. O wzrok nieobecny lub czujny. O to, że kogoś nie ma, albo przeciwnie, że jest. Czasem wspólnie sprzątają, wyrzucając co się da, jakby to miało zmienić bieg ich życiowej opowieści. Czasem jedno, a innym razem drugie wybiega trzaskając drzwiami, w tamtej chwili wierząc, że nie wróci. Wracali. Bali się życia na własny rachunek. Bez innych winnych, niż oni sami. Zasłaniając się doktryną katolicką zgodnie twierdzili, że należy pozostać na miejscu do końca pogrzebowej ceremonii.

    Jadą. To był jeszcze czas, kiedy żona czujnie śledziła tor spojrzenia męża. Zbierała dowody. Wyśledziła oczy w lusterku odbijającym siedzące na tylnym siedzeniu piersi córki. Zobaczył, że ona zobaczyła. Jego surowy głos, że dekolt naraża kleryków na grzeszne myśli. Mówi nie wiadomo do kogo. Żona obrończyni moralności i jedynej w tym towarzystwie właścicielki legalnego biustu mierzy córkę pogardliwym spojrzeniem. A córka nie wie jeszcze czy jest dzieckiem, czy dorosłą, winną czy niewinną. Czy jest niszczycielką i może wodzić na pokuszenie? I nie wie, czy jej się to podoba czy nie. Wysiłek, żeby z pełnym wyższości uśmiechem opierać się wulgarnym oczom matki i ojca nie starcza na długo. Już wie, że mężczyźni to słabe istoty, które potrzebują ochrony przed rozpasanymi kobietami. Wie, że jeśli zostanie tak jak jest, nie będzie w tym samochodzie nikogo, z kim jest bezpiecznie. Zajmuje się osłabionym pragnieniami ojcem, osłabioną pragnieniami ojca i swoimi matką. Przesuwa dekolt na plecy, jakby to mogło ich wszystkich oczyścić z grzesznych impulsów.

    Stoją pod kościołem. Kto, z kim uwikłany jest w romans, trudno dociec. Kto niemoralny, kto moralny, nie wiadomo. Z każdym oddechem właścicielka groźnego dekoltu ma uczucie, jakby wdychała pustkę w piersi, których nie ma. Niezdolna do zlikwidowania okoliczności, odwraca się do nich, do księdza gołymi plecami.