• Futro

    Jestem tu, żeby posprzątać ślady właścicielki. Jej długie życie przeminęło, ale bez porządków jest niedokończone. Dwie śmierci: symboliczna i realna. Przedmioty panoszą się po domu. Nie zauważyły, że zmarła.

    Otwarcie szaf jak wtragnięcie. Opuszczone mauzoleum kobiecości. Futra. Dziesiątki futer. A więc tak siebie widziała. To w futrach mogła się rozpoznać. Wiszą tu wspomnienia, dary od kochanków, dowody miłości i zdrad.

    Wierne futra na wyciągniecie ręki. Zakładam nieznaną duszę. Kiedyś uznałabym ten pomysł za nieznośny, teraz to nie miało znaczenia. Powietrze zadrżało, staroświecki zapach konwalii. Obce odbicie w lustrze.

    W nocy padał deszcz. Taki, który nigdy nie ustaje. Spało się nam wybornie.

  • Spójrz na moją piękną żonę

    Nie wiem, czy ktokolwiek z nas pamiętał, jak miała na imię. Maciek mówił o niej „Moja Piękna Żona.” Moja Piękna Żona to, Moja Piękna Żona tamto, tylko spójrzcie na Moją Piękną Żonę. Patrzyliśmy. Moja Piękna Żona nie protestowała. Jej twarz zadziwiająco mało wyrażała. Akceptowała adorację, płaciła wolnością. Taka cena.

    Maciek był niski i przyjemnie brzydki. Sympatyczny facet bez głębi. Nie budził wielu wątpliwości. Może się nawet kochali, a może to była gra. Nie wiedziałem, gdzie jedno się kończy, a drugie zaczyna. Prawdziwa gra, to właśnie coś takiego.

    Przerywasz mi kochanie! – odezwała się ostatnio Moja Piękna Żona. Wszyscy się zdziwiliśmy, a Maciek nawet zapytał: Coś mówiłaś? Do tej pory pozostawała wierna roli gustownego mebla. Do tej pory oboje lojalnie realizowali krzyżujące się tęsknoty różnych pokoleń i płci. Nie można ich z siebie zrzucić ot tak, jak gdyby nigdy nic.

  • Wstążki

    Czas nie wyplenił z niej kobiecości, nigdy nie uczynił starą. Z ufnością studiowała kolorowe pisma. Autorytetem był Vogue. Wygląd i jego wpływ na ludzkie losy, to ją interesowało. Nad niczym, oprócz ubrań, długo się nie zastanawiała. Dylematy kwitowała krótkim: głupia byłam, należało żyć estetycznie.

    Często chodziłyśmy na cmentarz. Lubiła silne emocje i makabryczne szczegóły. Dowiedziałam się, który nieboszczyk, którego tyranizował, po co i jak. Kto komu wymachiwał przed nosem „tą swoją wiernością”. Kto miał na koncie zniszczone małżeństwa, kto się przez kogo zabił. I jak to dokładnie zrobił. Jak wyglądał przed, a jak po śmierci. Stawiana też byłam przed zagadkami: Czy należy się dziwić że 19 letni pomocnik grabarza jest chodzącą świeżością? Mówiła bez zastanowienia, co przeznaczone, a co nie dla uszu kilkulatki.

    Jeśli trafiłyśmy na pogrzeb, zerkała do trumny. Nie roztrząsała bólu końca życia. Oczywista sprawa, nie ma na nią wpływu, ale strój? Skandal! W takim stroju schodzić z tego padołu to niemoralne. „Nie można tracić kontaktu z rzeczywistością” – utyskiwała. Potem pozwalała mi kraść z grobów błyszczące wstążki mówiąc, że odwróci uwagę zmarłego. Wracałyśmy piechotą, z przystankiem w kawiarni. Wzdychała i kończyła opowieści ze spokojem, zgniatając niedopałek w popielniczce.

  • Doskonałość

    To miała być zwykła sobota. Trening, śniadanie na mieście, obchód butików. Sięgnie po szpilki, krótką sukienkę. Przymierzony przedmiot odsłoni coś, co powinno pozostać w ukryciu – niepoważaną część ciała. „Piękne, ale nie w moim stylu,” ogłosi.

    Listę niepoważanych otwierały nogi. Często była z ich powodu w złym humorze. Uważała, że gdyby były chude, życie potoczyłoby się lepiej. Zatruta przypływem wyjątkowo silnej neurastenii poszła kiedyś do chirurga plastycznego. Rozebrana, stała przed lekarzem wyglądającym jak Freud i przyjmującym w otoczeniu antyków. Patrząc na nią wnikliwie, wyjął zdjęcia PRAWDZIWYCH, co przeliterował, defektów kończyn. Wyszła na tych samych nogach, na których przyszła i używała ich jak dotychczas, słowem bez wdzięczności.

    W przymierzalniach zestawiała odbicie w lustrze z wyobrażeniem siebie inspirowanym zdjęciami z Vogue. Przedmiot wracał na półkę. Opuszczała sklep w starym ubraniu, a więc bez widocznych dla cudzego oka wad, z ulgą uznając, że zrobiła dobry interes. Coś ją jednak ciągnęło, i do szpilek, i do kusych rzeczy. „Gdyby mnie było stać, tak bym się ubierała,” wzdychała. Nie o braki finansowe chodziło.

    Tego dnia odkryła, że obok jej ulubionego sklepu z butami otworzyli księgarnię dla dzieci. Na wystawie Baśnie Andersena, okładka wabi czerwonymi pantofelkami. Wraca pamięć zapachu książki, którą czytał jej w dzieciństwie ojciec. Za trudnej dla kilkulatki. Wraca niezrozumiała wtedy treść bajki. Czerwone pantofelki same się poruszają, zmuszają dziewczynkę do nieustannego tańca. Nie pozwalają stłumić apetytu na życie mrzonkom o doskonałości. „Chuj z doskonałością, chociaż dzisiaj” – przeklina pod nosem. Wpada do sklepu z butami jakby musiała stawić czoła katastrofie, odzyskać obcięte nogi zanim znowu siebie oszuka.

  • Słowa na niby

    Wydaje się, że trudno o coś bardziej niebezpiecznego niż słowa rzucane wkoło. Codzienne działania łatwiej złapać za rękę, nazwać, zobaczyć. A słowa? Można się ich wyprzeć, powiedzieć, że to tylko słowa, że się wymknęło, że nieprecyzyjnie powiedziane, żart, nieprawda, że się przesłyszałaś, jesteś przewrażliwiona i źle interpretujesz. Słowami można krzywdzić, ale jakby na niby.

    Od kiedy pamięta, jej życie z matką układało się tak, że przywykła do lawin słów. Obfitowały w obelgi, drwiny, i ostrzeżenia. Nie należało dyskutować, ryzyko skręcenia karku było zbyt duże. Przynależność do tej kobiety zakładała istnienie paradoksalnego momentu, w którym trzeba dobrowolnie, w rezultacie wyboru przyjąć coś, co jest narzucone. Po ataku złości matka stawała się miła. Zapraszała córkę na zakupy. Tam przystrajały swoją trudną miłość.

    Kiedy zaczęła dojrzewać, matka patrzyła na jej zmieniające się ciało, jak na oznakę upadku. Szczególnie lustrowany był stan bioder. W końcu wyrok zapadł: „Rośnie ci olbrzymia dupa. Masz to po babce”. Pamięta, że wiele wtedy cierpiała z powodu poczucia, które właściwie można by nazwać krzywdą, a potem obcością. Mówiło się, że to wiek dojrzewania. Że to jego wina, to jej cierpienie.

    Potrzebowała talizmanu, by odpędzić uroki złych słów. Surowicy na jad. Potrzebowała pewności, dowodu prawdy. Czegoś, co pomoże ufać temu, co widzi i czuje. Zielone szorty! Jedwabne, z odwijanymi nogawkami. Dostała je przed rokiem, kiedy nikt nie miał jej pupie nic do zarzucenia. Uwielbiała je, oszczędzała. Nie mogą kłamać! Po potokach słów matki chowała się w swoim pokoju. Pasowały jak ulał. Czekała aż świat wokół niej ulegnie przeobrażeniu.

  • Wciąż pięknie wygląda

    Kiedyś, za wiele lat, przejmę pewnie niektóre denerwujące zwyczaje mojej matki. Może będzie to jej skłonność do wałkowania doznanych krzywd, tych rzeczywistych i wyimaginowanych, może pogodne nierozumienie niewygodnych związków przyczynowo – skutkowych. Kiedyś, za wiele lat, będę na jej miejscu, a ona na miejscu swojej matki, o której teraz mi opowiada.

    „Nie wyobrażasz sobie, co ona wyprawia! Zdjęła gips, chyba Ci mówiłam, że złamała rękę?! Na chwilę spuściłam ją z oka. Dobrze, że nie spadła do piwnicy i się nie zabiła, byłby prokurator! Dwa razy musieliśmy jeździć na pogotowie. Zanieczyszcza się, nawet Ci nie powiem, co robi. Jakby przydzielono mnie do pilnowania wariata, boję się tego, co wymyśli, boję się też o własny rozum!”

    Musiała mówić. Bez przerwy. Jej słowa były pełne stłumionych pragnień. Kolejne odcinki serialu „MATKA”. Chciała być dla niej hojna, wybaczyć przeszłość, serdecznie obsługiwać starczą zależność, ale z jej działań nigdy nie rodził się czyn pełen miłości.

    „Ciągle się rozbiera. Potrafi naga wyjść na ulicę. Nie czyta już gazet. Ciągle posądza mnie o kradzież biżuterii, tych jej plastikowych koralików! Mam ochotę ją udusić. Demencja postępuje. W końcu ma już 94 lata. I ten zmącony umysł może ją przed czymś chroni. Nigdy nie chciała być w kontakcie z rzeczywistością! Ale wiesz, chodzi prosta jak struna i jak ją umyję, ubiorę i uczeszę, to wciąż pięknie wygląda.”

  • Adaptor

    Smukła, ciemnowłosa dziewczyna nieroztropnie wydająca pieniądze. Nikt tak jak ona, nie potrafił mówić o kolorze błękitnym, sukienkach, guście lub bezguściu świata. Pozwalała sobie na przyjemności, nieposłuszna kulturze. Przyzwyczajona cenić samowolę, skłaniała się bardziej ku namiętnościom, niż dobroci, wolała szarpaninę niż stabilność. Oczekiwanie, by zajmowała się kimś innym, było jak pragnienie, by kot oferował więcej niż pomruki. Lepiej byłoby nie sprawdzać, jaką będzie matką. Niestety.

    Cierpiały obydwie. Oskarżające spojrzenie. „Co znowu?” Potem cykl: poczucie krzywdy, furia, poczucie winy. Dziecko przerażało otchłanią pragnień, intensywnością OBCEGO. Szukała czegoś, co odciągnie ją od realizmu, pozwoli przetrwać głodne oczy i słowo „mamo”. Adaptora. Coś musiało je ochronić, znaleźć się miedzy nimi dwiema.

    Istnieją przedmioty symbolizujące władzę, których posiadanie przesuwa nas na pozycję władcy. Istnieją przedmioty zdolne przesunąć przerażającą córkę, na pozycję kogoś rozpoznawalnego. Buty, spódnice, sukienki. Pieściła ubrania wzrokiem, posępna, gdy córka nie wyglądała zgodnie z wyobrażeniem. Przebranie dziecka po swojemu sprawiało, że mogła się pogodzić z myślą, że je ma. Taka zgoda pod przymusem.
    Ubrania stały się dla dziewczynki przedmiotami wyposażonymi w niesamowite moce, namacalnym, wyrazem obecności matki. Były jak uśmiech bez kota w „Alicji z Krainy Czarów”. Ucieleśniały miłość, ulegały magicznej autonomizacji, relacja mogła przetrwać pozbawiona osoby.

  • Wybieg

    Zamieszkała w pamiętającej wojnę kamienicy na Pradze. Takiej kamienicy z tynkiem jak sito. Rytm dnia sąsiadów wyznaczała brzęcząca szkłem furgonetka z napisem „Bodzio Delivery”. Stukot kół o poranku obwieszczał, że punkt zbiórek męskiej grupy wsparcia, blaszana budka z piwem, jest gotów na przyjęcie pasażerów na pokład.

    Wbrew skojarzeniom, które może budzić ten opis, był to czas, kiedy żyła na bogato. Przez „bogato” rozumiemy, że nie była krytyczna, łapała, co życie przyniosło i dzieliła się sobą hojnie. Brała od każdego wszystko, cokolwiek mówił, robił, myślał, czuł i miał. Zawsze się przydawało.

    Budka z piwem znajdowała się na utwardzonej ziemi, w odległości stu metrów od wejścia na jej podwórko. Po wylewnych przywitaniach, obrzucano się tam wyzwiskami, wyjawiano albo rozgłaszano sekrety, komentowano, a to piwo, a to politykę. No i przede wszystkim kobiety. Te własne. I te upragnione.

    Kiedy wychodziła zza rogu, prelegenci milkli, choć jeszcze przed chwilą lgnęli do okrucieństwa jak muchy do mięsa. Ich pantomima pozwalała przypuszczać, że jak wszyscy mężczyźni wyobrażali sobie życie rodzinne z Taką Kobietą jako niemożliwe. Z nią chcieliby jedynie napawać się rozkoszą, której nie mogą zakłócać troski.

    Wolno szła do auta, rozdając uśmiechy pomlaskującej na widok jej ciała publiczności. Stroiła się i malowała na ten trwający pięć minut wybieg. Zaangażowanie zastanawiające, przy wysokości stopy zwrotu. Ale jak widać zysk jest wartością subiektywną.

    I tak każdego ranka żyli, więc odczuwali ból, ale oni mieli do tego piwo, ona zachwyt. Pasowali do siebie i do miejsca, w którym przypadkiem się znaleźli.

  • Tapir

    Zaciśnięta kreska uszminkowanych ust. Takich ust, przez które nie przeciśnie się żaden pokarm. Potrzebna kroplówka. Nie byłam w stanie docenić jej zdolności do grzebania się za życia. Kiedy tylko myślałam, że nauczyłam się jej wyglądu, zaskakiwała. Nowe brwi, więcej farby, lateksu, tuszu, przywiędłego poliestru, suchy tapir. Nieruchomy uśmiech i przeczący prawom grawitacji biust. Najwyraźniej uważała, że ze śmiercią jej do twarzy.

    Znałam ją od kilku lat przez pośpieszne pięćdziesiąt minut w tygodniu. Upychała w tych pięćdziesięciu minutach skargi, cały zbiór martwego życia. Przeciwności życiowe i katastrofy powtarzały się monotonnie. Kapały jak woda z zepsutego kranu, miarowo, nieubłaganie. Wszystko ulegało zatruciu, o wszystkim musiała opowiedzieć, jedyny sposób, żeby się tego życia na chwilę pozbyć.

    Przekonała mnie w końcu, że ciągnie się za nią nieszczęście i, że nic z tym nie można zrobić. Słuchałam zasmucona, że coraz mniej mogę się jej życiem zainteresować. Milczałam. O dziwo ceniła moje milczenie. Mogła wtedy snuć opowieść o udręce, coraz lżej, bez zmartwienia. Myślałam, że jutro, pojutrze, dzień będzie miała spokojny.

  • Miłość na wieszaku

    Krążyła po mieście przepełniona niepokojem, którego nie potrafiła zdefiniować. Potrzebowała czegoś niesprecyzowanego, schronienia. Jakie miejsce mnie przygarnie? Zaglądała przez okna kawiarń szukając odpowiedzi. Obok wolno, rycząc silnikiem i muzyką, przejechało auto. Pomyślała, że mężczyźni w kabrioletach wcale się nie lansują, szukają ukojenia. Jak ona.

    Usiadła pośród kolorowego tłumu. Ukojenia brak. Popatrzyła na siebie. Osoba trochę smutna, trochę sztywna, ubranie zbyt poważnie potraktowane. Pod linijkę, bez lekkości. – Nie istnieję tutaj, w ogóle nie istnieję – pomyślała – muszę się przebrać, założyć coś, co zmieni przebieg dnia.

    W okolicy znajdował się sklep z używanymi rzeczami najlepszych projektantów. Nieraz, trzymając w rękach ubranie bez śladów zniszczenia, zastanawiała się dlaczego właścicielka postanowiła się go pozbyć. Nigdy nie znalazła odpowiedzi, bo rozmyślania ustępowały miejsca zachłannym przymiarkom. Zachwycona nowym odbiciem w lustrze niedbale upychała w torbie rzeczy, w których przyszła. Nie pamiętała, jaką wartość stanowiły rano, przy ubieraniu, nie rozumiała jak to się stało, że przestały być wartością. Zachwyt nimi, a raczej sobą nimi otuloną, znikał niepostrzeżenie, rzecz przestawała ubierać.

    Jej szafa pełna była ubrań założonych już w sklepie. I nigdy więcej. Ale w tamtym dniu, kiedy miała na sobie nową rzecz świat się zmieniał. Niesprecyzowany dyskomfort znikał. Chaotyczne myśli zaczynały się układać w zdanie: „Jestem widziana, więc istnieję”! Pozwalała sobie poczuć, że się podoba. Wracała na scenę. Uspokajała się.

    Poczucie wewnętrznej szarości i smutku wymieniała na zszarzały, sztywny wizerunek. „To ubranie jest winne, że czuję się źle”! Jak łatwo rozwiązać ten problem. Zmieni strój, uwolni się od niewygodnej tożsamości, a może jej niewygodnego braku. Fachowo przeszukiwała sklepowe wieszaki. Sympatia do samej siebie odnaleziona w nowej sukience czy butach przez chwilę pozwalała pomyśleć, że wie, kim jest. Kimś godnym zachwytu.

  • Tożsamość z katalogu

    Wchodzi. Zachwyca. Z tą osobą dopuszczam rytuał rozmowy o tym, jak wygląda, a przecież spotkałyśmy się, by rozmawiać o poważnych sprawach… Ale czyż ubranie nią nie jest? Czyż nie składa się na tożsamość tej kobiety, która przede mną siedzi? Kiedy omawiamy otulające ją materiały, zaprasza mnie do zwiedzania swego wewnętrznego świata, a moje zaciekawienie jej ubraniem, jest jak zaciekawienie nią prawdziwą.

    Jej za każdym razem uważnie dobrany strój, płynie z potrzeby pokazania kim jest. To jedyny znany jej sposób przeciwstawiania się sztywnej wizji rodziców, niezdolnych do pozwolenia córce na bycie sobą. Rodziców, którzy zamówili swoje dziecko w katalogu.

    W dorosłym życiu, rodziców zastąpiła korporacja. Konieczność założenia ubrania upewniającego ją kim jest, nabierała więc siły w pracy. Ignorując garsonki i garnitury, które nosiły kobiety wykonujące jej zawód, stawała się rebeliantką, walczyła z tyranią. Ubranie było odbiciem tożsamości, pragnień, wartości. Było sposobem na powiedzenie co myśli, bez konieczności otwierania ust. Bo mówienie wprost, w swoim imieniu, jest dla takich kobiet zbyt groźne.

  • Szpilki

    Stały oświetlone niezdrowym światłem jarzeniówki. Podpierały mur na rogu Jerozolimskich i Poznańskiej. Patrzyły na siebie życzliwie, jakby wszystko było w porządku, nie tracąc kontaktu z sunącą niespiesznie ulicą. Pomarszczone, wychudzone. Dawno przekroczyły wiek, kiedy jest się kochaną przez obcych mężczyzn. Jedna z żółtymi, od taniego farbowania włosami, inne z lokami na bakier, z makijażem w którym z pewnością sypiały. W rozdeptanych szpilkach. Paliły. Zaciągały się głęboko.

    – Ciekawe czy tak samo uprawiały seks i jadły. Nieodpowiedzialnie, z penetracją, zachłannie – zastanawiała się, idąc wolno – to by było zupełnie nie jak ja. Nie miała romansów, które nie byłyby groźne dla jej poczucia wartości. Wszystko zamieniało się w sprawdzanie, czy jest ważna.

    Nieskazitelna, z manią doskonalenia się. Pozazdrościła Paniom z rogu nikłego narcyzmu. – Potrafią się odsłonić, mając tyle do ukrycia. Na co łapią mężczyzn? Skąd ich radość? Jak inaczej ta noc upływała dla nich i dla mnie. Przeczuwała, że to one wiedziały, co to jest noc. – Ja usiłuję żyć, one nie. Wiedzą, że nie ma co usiłować. Nieważne jakie życie człowiek prowadzi, chodzi o to, żeby mu się oddać bez reszty. Nagle przestała nazywać je w myślach prostytutkami. Prostytucja w żadnym wypadku nie jest ich główną cechą.
    – Zapraszamy do nas. Jest dużo miejsca – słyszy nagle. Zażenowana swoją ciekawością, stara się im pokazać, że jest w porządku. Ale do tego, by im coś odpowiedzieć musiałaby mieć pewność, że żyje. Wbija wzrok w nowe, za ciasne buty. Przypomina sobie, że ładnie wygląda.